• facebook
  • instagram

PO GODZINACH

Po gorącym prysznicu, opatulona kołdrą siedzę w moim pięknym białym pokoju. Lekko pijana, z pluszowym dinozaurem pod pachą, opuchniętymi stopami i przesuszoną twarzą. Jest najpiękniej.

Gdy o 6:00 zadzwonił budzik nie mogłam wydostać się z łóżka. 5 godzin snu przed kolejnym dniem w pracy to definitywnie za mało. Dojechałam do pracy było ciemno. Jak wracałam też.

W pracy jak w pracy. Szybko, konkretnie. Byłoby całkiem dobrze gdybym nie rozsypała całej tacy załadowanej jedzeniem. Sala zaczęła klaskać.

Po godzinach wyszłam z Carmen i Erickiem. To był jeden z najlepszych wieczorów. Dociera do mnie tyle bodźców, tyle się dzieje w tak krótkim czasie. Nie pozostaje mi nic innego jak opisać kolejne kilka godzin, bo za kilka kolejnych mogę już nie pamiętać.

Mianowicie. Pierwszy punkt- National History Museum. Mieliśmy niecałą godzinę, bo zamykali przed 18. Carmen wyszła do toalety, wróciła z pluszowym dinozaurem pod pachą w ramach pożegnalnego prezentu. Kocham go.

Karuzela z konikami. Wszystkie małe dziewczynki ją uwielbiają. Te 20-kilku letnie też!

Metro. Spacer z Soho w stronę Big Bena. Kawa, którą zdecydowanie za długo nam podawali. Ludzie, których mijaliśmy. Masa ludzi. Świecące bilboardy. Big Ben. Ławka pod London Eye. Facet, który zaczepił nas na papierosa. Droga na Soho- szukanie drogi na Soho. Bus- nie. Metro- nie. Taxi. Uber. Przyjemna jazda w perfekcyjnej atmosferze. Ciepło, dobra muzyka, za oknem tłumy. Bilboardy. Światła. Świąteczny klimat. Soho. Sushi. Więcej Sushi. Jeszcze więcej Sushi. Wino. Sushi. Spacer. Przejedzenie. Cukiernicza wystawa Cafe Concerto. Kawałek tortu i przystojny kelner (do tego stopnia, że Carmen spisała swój numer telefonu na rachunku, który Erick przekazał owemu kelnerowi). Spacer. Niby chce nam się do domu. Ale przecież to Soho. Ludzie. Światła. Pub. Piwo z sokiem (na które moi włoscy przyjaciele zrobili duże oczy). Nowi znajomi. Radość w oczach Carmen na otrzymanego smsa. Muzyka na żywo. Wino. Śpiew. Taniec.

Godzinna droga do domu metrem.

Znowu jestem tutaj. W tym miłym, przyjemnym pokoiczku na piętrze.

Codziennie dociera do nas tyle bodźców, że nie mamy czasu przemyśleć doznanych, a już są kolejne. Życie toczy się dalej. Nikt już nie pamięta czy rozsypałam tacę zastawioną jedzeniem dla ośmiu osób czy nie. Starzy klienci odeszli, przyszli nowi. I kolejni. Sama stałam się takim na chwilę w kilku miejscach w zaledwie 6 godzin. Nie pamiętam ani twarzy taksówkarza, ani tonu głosu gościa pod London Eye. Nigdy już nie spotkam kelnera, który obsłużył nas w sushi, ani tego, który rozpoczął flirt z Carmen.

Życie szybko mija. Cieszmy się chwilą obecną. Nie rozpamiętujmy starych.

Just right now.

Hol główny National History Museum.

Hol główny National History Museum.

Ja z własnym, osobistym Maximusem.

Ja z własnym, osobistym Maximusem.

Lodowisko przy muzeum. Nie weszliśmy, bo nasze umiejętności jeździeckie wskazywały na to, że bylibyśmy mokrzy ;)

Lodowisko przy muzeum. Nie weszliśmy, bo nasze umiejętności jeździeckie wskazywały na to, że bylibyśmy mokrzy ;)

:)))

To o tych dwudziestoletnich dziewczynkach była mowa ;)

Ładny ale nikt nie wie dlaczego jest wizytówką Londynu.

Ładny ale nikt nie wie dlaczego jest wizytówką Londynu.

Podróż taxi zamówioną przez Uber. Czułam się jak 100 lat świetlnych do tyłu z technologią po tym jak pokazali mi tę aplikację.

Podróż taxi zamówioną przez Uber. Czułam się jak 100 lat świetlnych do tyłu z technologią po tym jak pokazali mi tę aplikację.

Mniam mniam.

Mniam mniam.

Mniam mniam mniam. Polecam sushi gdzie wybierasz potrawy na talerzykach, które jeżdżą przy przy barze. My wybraliśmy większość ;)

Mniam mniam mniam. Polecam sushi gdzie wybierasz potrawy na talerzykach, które jeżdżą przy przy barze. My wybraliśmy większość ;)

Widok z klubu na Chinatown.

Widok z klubu na Chinatown.

 

 

Poprzedni post
Następny post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *