• facebook
  • instagram

MILCZ. MÓWIĘ

” Siedzę w pustej, wykładowej sali. Słyszę tykający zegar beztrosko odmierzający czas, którego w życiu ostatnio nie miałam. Projekty, blog, internety, posiłki, rolki. Wszystko trzeba zorganizować, porządkować. Działać. O 13:00 mam skończyć zadanie, nim się obejrzałam było po 12:00, a koncepcja nie skończona. Jeszcze chwila, a kładłam się spać by rano znowu wstać. Działać.

Teraz doba się nienaturalnie wydłużyła.
6:30 Pobudka.
7:00 Medytacja. Ciągnie się jak oszalała.
8:00 Śniadanie. Przeżuwam każdy kęs starannie- posiłki stały się najciekawszym elementem dnia. W każdym innym tylko MYŚLĘ.
9:00 Punkta czyli wykład o tym o czym mam myśleć.
10:00 Myślę. Kręcę się to tu, to tam i obliczam czas bo o…
11:40 Mam rozmowę z prowadzącym, który natchnąć ma mnie do… myślenia.
Znowu czas wolny. „Co do cholery ja tu robię?… No nic, idę pomedytować.”
13:00 Huraaa! Obiad. 13:15, o, już prawie zjedzony, hm zwalniam ruchy, bo co ja będę robić do 15:00?
15:00 Znowu mówią o czym mam myśleć. Na szczęście robią długi wstęp małym wykładem. Treści niby znam, niby wszystko wiem i niby taka mądra jestem, a ciągle nie stosuję.
Cholera, wykład się skończył.
Myślę więc.
….
I dalej myślę.
17:00 Msza Święta. Fajnie, chociaż popatrzę na twarze ludzi- znak pokoju dozwolony.
18:00 Kolacja. Spokojnie, bez pośpiechu smakuję kolejne sałatki. Pomalutku, mam dużo czasu, bo o 19:15 rozpoczyna się… myślenie! W kaplicy adoracja. Pośpiewamy. Jest dobrze- słyszę swój głos.
20:00 Punkta. Motywują do myślenia na następny dzień.
Koniec. Koniec atrakcji na dziś. Więc ludzie wpatrzeni w podłogę… myślą. Ci cwańsi idą na widokowy taras i patrzą w światełka zasypiającego miasta, spokojne, niewzruszone morze. Myślą. Około godziny 22:30 wszyscy głęboko zmęczeni… myśleniem idą spać, by o 6:00 wstać i myśleć.

No, myślicielem to ja byłam zawsze ale chyba są lepsi ode mnie. „

Tak pisałam dnia 2 rekolekcji ignacjańskich gdzie uczyłam się medytacji. 4 dni bez telefonu. Mediów. Komputerów. W milczeniu. Z kategorycznym zakazem kontaktu z jakimkolwiek światem. 4 dni w z-a-k-o-n-i-e.

Choć moi znajomi wiedzą, że mam „różne” pomysły to i tak widzę potrzebę nakreślenia pobudek, którymi się kierowałam decydując na taki wyjazd. Wszyscy się dziwią. Pytają. Czytajcie zatem ;) 

Medytacja. To brzmi kusząco. Tym bardziej, że od kilku lat miałam nieodpartą ochotę wyjechać. Do lasu. Z książką. I tak po prostu zapomnieć o świecie. A jak nie teraz? To kiedy?Więc się zdecydowałam. Wyobraźnie mam, analizuję dużo, malarstwo podziwiam to myślałam też, że moje wizje będą głębokie i ujmujące serce. Pełna zapału wykupiłam bilet i ruszyłam w drogę. Każdy z nas miał zeszyt w którym zapisywał przemyślenia. „Oj… ja pisać lubię„… i to była moja jedyna rozrywka.

Prawda jest taka, że to były najdłuższe dni mojego życia. Wnioskami chcę się podzielić poniżej. I nie będę one dotyczyły moich odczuć, są raczej analizą tego co każdy z takiego czasu w milczeniu może zyskać. – a więc nie będą one miały kontekstu religijnego, choć nie ukrywam medytowaliśmy fragmenty Pisma Świętego.

1. Cisza narzuca przyjrzenie się duszy
Pierwszy i najważniejszy punkt. Jak tak siedzisz którąś dobę, bez telewizora, radia i internetowych rozpraszaczy, nie masz się do kogo odezwać, zaczynasz odkrywać swoje myśli. Różne myśli. Mnie najpierw ogarniało poczucie straty czasu, chciałam działać. Spacerować. Robić zdjęcia. Przeglądać prasę. Ale tak na prawdę nie mogłam.
Zagłuszacze emocji były wyłączone. Byłam tylko ja. Ze swoim wnętrzem. Musiałam zmierzyć się z tym co tak na prawdę czuję. Początkowo zapierałam się rękoma i nogami żeby niczego nie doświadczyć. Ale po kilku dobach na prawdę się nie da. Człowiek zaczyna stawać przed prawdą… przed prawdą o sobie samym. Przed najczarniejszą, najokropniejszą, trudną do zaakceptowania prawdą o sobie samym.

2. Totalny egoizm wzmaga obserwacje
Pierwszy wieczór- narzucono nam zasady. Milczenie- rzecz jasna. Kolejne: spowolnienie. Ruchy miały być wolne, zrównoważone. Nawet chodzić mieliśmy bez pośpiechu. Bieganie wykluczone.
„Zasada skromności wzroku”- nikt nie może zwracać uwagi na innych. Nie uśmiechać się do innych, nie patrzeć w oczy.
Obowiązywał nas „totalny egoizm”. Szczególnie w trakcie wspólnych posiłków. Żadnego podawania talerzy, bułek i innych jogurtów. Jak coś chcesz- to bierzesz sam. Nic od nikogo nie wymagasz, nikomu nie pomagasz.
Może to dziwne ale nagle odkrywasz w jaki sposób jesz, jak się poruszasz, jak chodzisz, jak trzymasz kubek z herbatą.

A co lepsze- robisz cokolwiek i wiesz, że nie jesteś narażony na żadną opinię, bo i tak nikt nie zwraca na Ciebie uwagi. Jesz tyle ciastek ile masz ochotę. Nie myślisz: zabraknie dla innych ani też „co pomyślą”. Chcesz- bierzesz. Nie chcesz- idziesz. Któregoś popołudnia zrobiłam sobie „piknik” na tarasie widokowym. Rozłożyłam na kamykach koc i leżąc robiłam aparatem zdjęcia. Co prawda było to zabronione ale… i tak nikt nie zwróci mi uwagi. Wszyscy milczą.

3. Gdy świat przestaje Cię obchodzić odpoczywasz
Bez ukochanego telefonu byłam totalnie poza zasięgiem. Nie mogłam wiedzieć, że gdzieś zastrzelono kogoś, zawaliło się coś, świętowano tamto. Nie miałam żadnych uczuć w stosunku do świata. Moim światem byłam sobie sama i… medytacja.
Okazuje się, że niewinne radio włączone mimochodem w trakcie pracy wzmaga stres, a wiadomości na messengerze rozpraszają w efektywnym działaniu. Ciągłe sprawdzanie snapchata powoduje, że niby jesteś na bieżąco ale tak na prawdę tracisz w życiu coś ważnego… tracisz „teraz”.
W dzisiejszych czasach uczucia i prawdziwe potrzeby są zagłuszane. Ciągłe bycie on-line sprawia, że mimowolnie zaczynamy uczestniczyć w wyścigu szczurów i nawet nie zdajemy sobie sprawy jak uzależniające jest takie zachowanie.
Nie trzeba non stop zagłuszać się byciem ‚on line’. Nie trzeba być zawsze produktywnym.Czasem po prostu trzeba odpocząć. Zatrzymać się i zastanowić co jest w życiu ważne.

4. Brak czasu przestaje być problemem

Punkt powiązany z powyższym. Jedziesz do zakonu, zamykają cię bez możliwości kontaktu ze światem, nawet zabraniają gwałtownych ruchów (nici z porannego joggingu), każą czytać to co mają dla ciebie przygotowane, medytujesz… i nagle doba ma faktycznie 24 h… i tyle wystarcza. Ba! Nawet jest za dużo ;D Więc wysypiasz się, kręcisz, pijesz dobrą kawę (Kinga uratowana- był zaparzacz), patrzysz w niebo i dostrzegasz „małe rzeczy”. Nawet ciepło trzymanego przy policzku kubka z herbatą. Poezja.

5. Poznajesz ludzi bliskich sobie

Ciężko kogoś poznać gdy nie można mówić. Dziwnie się dzieli pokój z osobą której znasz jedynie imię. Tym bardziej, że lekko irytowała mnie „ta” dziewczyna. (Spóźniła się i pojawiła po tym jak ogłoszono kategoryczne milczenie. Nie wiedziałam kim jest, czym się zajmuje itd.) Później odkryłam czemu tak na nią reagowałam- jesteśmy bardzo do siebie podobne! To taka ja sprzed roku. ;) Ostatniego dnia miałyśmy okazję się poznać i tak dobrze nam się rozmawiało, że wymieniłyśmy się numerami telefonów.
Poza tym gdy na sam koniec kilka osób opowiadało swoją historię nagle dostrzegasz, że Ty, Twój świat i Twoje przemyślenia nie są takie trudne, mocne ani zawikłane. Większość tak ma. I tyle. Ludzie dalej żyją, a problemy rozwiązują.

Tak więc spędziłam 4 dni w milczeniu. Patrząc na las, podziwiając widok zza okna. Było pięknie ale też zagadkowo. Nigdy nie dowiedziałam się o sobie tyle jak w ciągu tych kilku dni. Czy polecam? Na pewno. Czy powtórzę? Nie wiem.
Żeby odkryć siebie czasem trzeba zamknąć usta i posłuchać co tak naprawdę się z nami dzieje, bo wnętrze niestety samo nigdy nie zakomunikuje: „Milcz, bo mówię”.

Przemyśleń oczywiście mam zapisany cały zeszyt ale chciałam nakreślić te najbardziej uniwersalne. Jeśli ktokolwiek jest bliżej zainteresowany tą tematyką, chce się ze mną podzielić opinią to zachęcam do komentowania. 

Poprzedni post
Następny post

0 comments on “MILCZ. MÓWIĘ”

  1. blogmikrozycie napisał(a):

    Myślę, że chciałabym kiedyś doświadczyć czegoś podobnego. Nieco pokrewne doświadczenie spotkało mnie na studiach, kiedy uczestniczyłam w treningu interpersonalnym – ale tam przede wszystkim doznawałam siebie w relacjach z innymi ludźmi. A ja w relacji z samą sobą? To naprawdę musiało być ciekawe! Podziwiam też za odwagę – bo w chwili, kiedy wszyscy wybierają Chorwację a Ty jedziesz do zakonu raczej nie jest to najlepiej odbierane przez otoczenie.

    1. Londynka napisał(a):

      trzeba próbować nowych rzeczy i się ich nie bać, a na pewno nie sugerować opinia innych. ;) A odnośnie tego co mówią znajomi: raczej są ciekawi takiego „metafizycznego” doświadczenia… aczkolwiek do Chorwacji też z chęcią bym wyjechała :P

      1. blogmikrozycie napisał(a):

        Na szczęście możemy mieć i to, i to. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *