• facebook
  • instagram

THE CITY OF TROUBLES

„Żeby tu przyjechać nie jadłam przez ostatni miesiąc” zaśmiałam się do Kariny, po czym usłyszałam odpowiedź: „Kinia, Ty już się nie martw- ja Cię dokarmię!

Jak powiedziała, tak też zrobiła.

Oprócz żywności, która bezwstydnie pieściła moje podniebienie, cały weekend korzystałam z możliwości przyjrzenia się z bliska stolicy Irlandii Północnej.

PIĄTKOWY CHILL IN

Spacer rozpoczęłyśmy po dzielnicy uniwersyteckiej, przeszłyśmy się do Botanic Gardens, Ulster Museum, a następnie kierując się w stronę ścisłego centrum, minęłyśmy City Hall i zwiedziłyśmy kopułę w Victoria Square, skąd rozpościerał się widok na miasto.

Wieczorem wypiłyśmy Guinnessa, no może ze trzy, posłuchałyśmy muzyki na żywo i wymieniłyśmy spojrzenia.
Swoją drogą zwróciłam uwagę na tamtejszy typ urody- Irlandki z charakterystycznym podwójnym podbródkiem, Irlandczycy ze smutnie zwisającym, lekko odstającym brzuszkiem.

Wieczorny aperitif zagryzałyśmy kalmarami w sosie z niebieskiego sera.

/Żyć nie umierać./

SOBOTNIE KONTRASTY

Rano przywitało mnie angielskie śniadanie w wersji „fit”, czyli jajka w koszulkach, pasta awokado i smażony boczek. Wszystko zagryzione tostami dało energii na kilka kolejnych godzin.

Przeszłyśmy się do St. George’s Market. Tam kupiłam zielone, pamiątkowe lizaki.

City Hall każdego dnia o 12:00 jest oprowadzanie z przewodnikiem. Byłyśmy zaskoczone wnętrzami, zniesmaczone lekceważącymi portretami ważnych osobistości.

Pewnym krokiem ruszyłyśmy do rozsławionego Muzeum Titanica, gdzie zwiedzenie rozpoczęłyśmy o 14:00.
Tyle zdjęć nie zrobiłam chyba w żadnym muzeum, z tak wielkim zainteresowaniem nie oglądałam żadnej wystawy.
Bez wątpienia to za sprawą audio-guide w polskiej wersji językowej. Dzięki niemu zrozumiałam wszystkie poruszane kwestie, od historii miasta po szczegółową budowę całego 401 (nazwa statku przed wodowaniem), dokładnie wiedziałam jak poruszać się po prezentowanych wystawach.
Choć nawet w Polsce mamy wiele muzeów światowego formatu, to zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Zdecydowanie polecam każdemu na weekendowy city break.

Koło 17:00 wjechały: w wydaniu Kariny tradycyjna english tea, w moim nowoczesna american coffee + ciacha jako nieodłączny element quilty pleasure.

W sobotę wieczór odpuściłyśmy puby na rzecz lekkiego lagera i take-away’owego fast foodu w domowym zaciszu bowiem byłyśmy świadome, że dzień później czeka nas….

PIESZA NIEDZIELA.

W niedziele rano nie zaobserwujesz na ulicy żywej duszy. Zwyczajem jest ze sklepy, kawiarenki i restauracje otwierają się po 13:00.

Podjechaliśmy autobusem 12 c pod Ligoniel Park, po czym raz umyślnie, raz nieumyślnie eksplorowałyśmy Cave Hill Country Park. Pomimo zmęczenia widok był satysfakcjonujący.

Dzięki temu, że przeszłyśmy ponad 20 km to spaliłyśmy ciastka, które pochłonęłyśmy w więzieniu. Bowiem z samego rana zawitałyśmy do Crumlin Road Gaol, a pani przewodnik wprowadziła nas w świat funkcjonującego do niedawna zakładu.
Cała ta podróż przywiodła mi na myśl kadry z bardzo przeze mnie lubianego „Skazanego na Shawshank„.

Kiedy miasto, wieczorną porą, spowite zostało zachodzącym słońcem, zaczęło robić się nad wyraz poważnie.
Pozytywne humory ustępowały na rzecz zimnego dreszczu mieszanych emocji.
Czarny kot przebiegł drogę, kruki kruczały złowrogą melodię, a nad tym wszystkim czuwała Black mountain. Pustki na ulicy i wzywające do walki hasła ciemnych murali potęgowały napiętą atmosferę.

***

-Jak się czujesz, Karin?
-Nieswojo.
-Tak, zdecydowanie. Nieswojo to bardzo trafne określenie.

***

Świadomość, że znajdujemy się w dzielnicy protestanckiej, nie pomagała.

Wtedy też zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji.
Bo trochę myślałam, że to miasto jest niepoważne. Udawany Big Ben, szklana „podróba” berlińskiego Sony Center, czy chociażby Beacon of Hope do złudzenia przypominająca Statuę Wolności jednoznacznie przekonywały mnie, że Belfast pozbawiony jest jakiegokolwiek charakteru.

W miarę upływu czasu zaczynałam rozumieć, że to wszystko jest jedną wielką przykrywką. Błahą naklejką, by odwrócić uwagę od spraw naprawdę istotnych.

Nigdy przedtem, przez jakiekolwiek miasto, nie czułam się tak zmanipulowana.
Bo Belfast to na pierwszy rzut oka europejskie, zwyczajne miasto.
Powtarzalne, typowe elementy. Angielskie domki. Normalne ulice.
W rezultacie stolica Irlandii Północnej ukrywa przed przybyszami swoją zawiłą historię. Dopiero w momencie zgłębiania się w jej topografię odkrywa nie zawsze łatwe do zrozumienia karty. 

***

-Karin jak wrażenia po dzisiejszym dniu?
– Przez moment byłam zmęczona i wkurwiona, ale…
-Tylko przez moment?! 
-…ale teraz już się najadłam i jestem już tylko zmęczona.

***

Na dobranoc i z głodu i ze zmęczenia pochłonęłyśmy masę pysznego jedzenia, czyli sałatkę z suszonymi pomidorami i mozzarellą, pieczone ziemniaczki, a na to wszystko marynowane piesi z kurczaka. Zapiłyśmy zbyt tanim winem.

Tego dnia uświadomiłam sobie, że przysłowiowe „pierwsze pięć minut”  nie powinny być tymi ostatnimi. Warto dać szansę, żeby przekonać się, czy nie jesteśmy podatni na złudzenia. Czy aby na pewno trafnie interpretujemy.
Ja mogłabym się mocno w tym przypadku pomylić.

***

Gdy miasto jeszcze spało ja powoli, spokojnie, wracałam do swojej rzeczywistości…

b1

Bye bye smogu!

b2.jpg

b2a

b3

Przywitał mnie krajobraz iście dolnośląski tylko pan kierowca jechał przeciwną stroną ulicy.

b4

Let’s start with Proseco!

b5

Botanic Gardens.

b6

b7

b9

Centrum miasta i City Hall.

b10

Kopuła Victoria Square. Na szczycie taras widokowy.

b49

17:00. Nie ma gdzie nosa wcisnąć. Ale jest piwo i bar to musi być nawiązanie do Wielkiej Brytanii, czyli coś o królowej. A już na pewno o Królestwie. Wjeżdża więc „Dancing queen” Abby i kilka seksi queen’ów na parkiet.

b52

English breakfast indeed!

b14

W drodze do St. George’s Market. Typowa zabudowa.

b15

Murale. Więcej ich niż nad wrocławskim Nadodrzu.

b17

St George Market space. Od lektury, po konfiturę. W tle muzyka na żywo i zapach foodtrucków (ryb też).

b18

A tu bogate wnętrza eleganckiego ratusza.

b22

W drodze do Titanic quarter.

b21

Pocałowałam ją ale nie zmieniła się w księcia. Może dlatego, że nie jest ropuchą?

b41

b23

b24

Jest i on! Tajtanik muzeum.

b25

b26

b28

IMG_2802

b50

b27

b29

b30

W drodze po jedzenie. Someone is staring at you!

b31

Mornin in da city. Nie ma nikogo ale jest Beacon of Hope.

b33

Crumlin Road Goal i podziemne przejście łączące z sądem.

b34

b35'

b35a

b42

Nasza przewodnik zachęcała do posmakowania ciacha w pobliskiej kawiarence. Jak usłyszałam „biała czekolada” to nie musiała powtarzać dwa razy. Powtórzyła ze cztery ;)

b32

Pure happiness because of the double-decker! Just tell me why it is pink!

b36

b38

b39

b40

b48

b46

Puste ulice.

b44.jpg

b45

Mur pokoju. Black Mountain w tle.

b43

b47

Comming. Back?

 

 

Poprzedni post
Następny post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *