• facebook
  • instagram

2018

Było, minęło, nie ma co roztrząsać.
Odpowiedział mój brat zaptyany, czy podobały mu się tegoroczne wakacje.

***

Przy dobrej kolacji i jeszcze lepszym winie powiedziałam markotnie:
– Boję się, że życie mnie rozczaruje…
Na co Magda, z pewnością w głosie: – Oczywiście, że tak.
Zszokowana spojrzałam na nią, później na Michała, Michał pytająco na nią, po czym sama zdecydowanie dodała:
Prędzej czy później każdego z nas rozczaruje.

***

Część 1. Czego się nauczyłam?/ 2018 w pigułce

Ten rok zdecydowanie mogłabym podzielić na kwartały. W pierwszej połowie mocno cisnęłam wiele zadań równolegle, uczyłam się i wymagałam od siebie jak zawsze. Czyli dość dużo.
W trzecim kwartale mocno odpuściłam, co miało bardzo pozytywne skutki. Choć byłam zdyscyplinowana, to robiłam rzeczy na które miałam ochotę. Nie zmuszałam się do niczego. Poskutkowało to tym, że polubiłam siebie i byłam radosna.
Ostatni kwartał, jak dotąd idealnego roku, przemienił się w istny koszmar. Począwszy od decyzji o rezygnacji z pracy, po śmierć mojego psa i zapalenie płuc. Wszystkiemu towarzyszyło zbyt dużo zbyt mocno zakrapianych imprez, bezsenne noce i strach.
Przestałam dziwić się ludziom popadającym w alkoholizm oraz tym w depresji.
Zrozumiałam, że życie może bardzo szybko stracić smak.
Odechciało mi się. Odechciało mi się robić zdjęć, czytać. Gotować i czymkolwiek interesować. Dziwiłam się, jak mogłam być tak zaangażowana, podczas gdy to wszystko tak skrajnie nie ma sensu. Rozczarowałam się życiem, a chyba co najgorsze – sobą.

Cześć 2. Osiągnięcia i lekcje

Założeniem tego roku był zdrowy tryb życia, co osiągnęłam; znalezienie nowej pracy, czego dokonałam; odłożenie pewnej sumy pieniędzy na nowy start, co w dużym stopniu zostało zrealizowane.
Powinnam się cieszyć i radować, a nagle Podsiadło wydał album gdzie śpiewał „Nie ma fal„. I tak też poczułam. Że fal nie ma.

Nauczyłam się, że trzeba uważać, co się mówi, bo to, co mówimy, spełnia się. A naprawdę i na pewno nie zawsze to, co nam się wydaje za dobre, takim dla nas jest. 

Z podejmowanych decyzji wynosi się konsekwencje. Dlatego lepiej nie podejmować ich pochopnie. Nie rzucać słów na wiatr. Trzy razy zastanowić się.

No. I uczymy się na błędach. Niestety.

Poza tym mogłabym zacytować słowa głównego bohatera z „Wszystko za życie” w ostatniej scenie (uwaga! spoiler): „A gdybym teraz się uśmiechał i biegł prosto w wasze ramiona, czy zobaczylibyście wtedy, to, co sam teraz widzę…?”.
Dzięki różnym kolejom losu, zdarzeniom, przypadkom, zaczynamy rozumieć coś czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. Paradoksalnie też doceniamy coś najbardziej (albo dopiero) w momencie straty.

Zrozumiałam, że fajnie mieć obok siebie kogoś bliskiego. Kogoś, komu na Tobie zależy. Ważne, żeby dbać o relacje. Nie spychać ich na drugi plan.
Życie postrzegać poziomowo. Znajdować czas na karierę zawodową i tę „po godzinach”. Nie samą pracą żyje człowiek, a gdy się ma zawód zawodem, dobrze jest pocieszyć się ulubionym towarzystwem.

Część 3. Miejsca.

W zeszłym roku pisałam: „Brakuje zagranicznych wycieczek”. W tym roku napiszę: mam nadmiar wycieczek! ;) Całość tych zagranicznych rozpoczęłam u Karin w Belfaście (klik), później byłam w Sztokholmie u Natalii. Zwiedzałam Gruzję (klik), odwiedziłam Londyn (kilk). Wakacyjny weekend spędziłam w Dreźnie i Dęcinie, a w urodziny zawitałam w Berlinie (klik). W weekendy podróżowałam z Justyną po Dolnym Śląsku albo zwiedzałam Wrocław. Udało mi się być też w Trójmieście, Toruniu, Nowym Sączu i pięknym Krakowie (klik).

Ten rok miał być rokiem „wykorzystanych okazji”. Taki właśnie był, a nadarzyło się ich sporo.

Część 4. 12 miesięcy w fotografiach

01

Styczeń. Spokojnie wchodzę w nowy rok, starając się trzymać dietę (jak widać na załączonych obrazkach często z niej rezygnując). Dostaję kilka pięknych prezentów – niespodzianek, które inspirują i dają chęć do działania. Jak zwykle myślę: co dalej.

02

W lutym celebrowałałam życie pączkami. Zastanawiałam się nad mieszkaniem. Najbardziej pamiętam jednak Walentynki i dzień przed. Ten po zresztą też. Teatr, koncerty i miłe spotkania. To było to :D Zwieńczeniem miesiąca było spotkanie po latach z inspirującą dziewczyną w Belfaście. Pierwsza zagraniczna wycieczka done!

03

Marzec mnie sobą zaskoczył. Że tak szybko nadszedł. Przeprowdzka, a z nią sporo zachodu. Nowy, miejski widok z okna. Malowanie. Zdrowe odżywianie. Weekendy z Justyną. Nowe znajomości i coraz większy life balance. Coraz lepiej czuję się w swojej skórze. Coraz bardziej odnajduję się w tym co robię. Doceniam czas z rodziną i uroki zamieszkania w nowej lokalizacji.

04

Kwiecień. Święta, trochę załamka, pierwsza prawdziwa pracownicza integracja. Pobyt w szpitalu i nowe rozkminy. Planowanie wakacji i godzinne rozmowy po angielsku. Coraz więcej słońca. 50 rocznica ślubu dziadków, która dała nieco do myślenia. Dużo, dużo chillu ze znajomymi i rodziną. W pracy nowe „taski”, w domu czytanie, bieganie, angielski.

05

Maj. Majowka na Śnieżce i w Sztokholmie. A póżniej i leniwie, w domu. Czułam się zmieszana i lekko wstrząśnięta. Sama nie wiedziałam, czy zwiedzam, bo lubię, czy po to by pisać. Myślałam o motywacji i o tym co dalej. Straciłam wenę. Odliczałam dni do wakacji, bo już nie miałam siły chodzić na dodatkowe zajęcia. Dużo pracowałam i z jednej strony czułam satysfakcję, z drugiej coraz większe rozczarowanie.

06

Czerwiec. Jadłam coraz mniej i coraz zdrowiej, czując się coraz lepiej. Zrezygnowałam z dodatkowych aktywności na rzecz spotkań ze znajomymi. Regularnie ćwiczyłam, chodziłam na basen. Czulam się dobrze nie wymagając od siebie. Dzień Dziecka spędziłam w Krakowie. A póżniej weekend z Mamą we Wro. Mając 25 lat świętowałam taty 50 urodziny. Jedziłam, zwiedzałam. Dobrze jadłam i odpoczywałam.

07

Lipiec. Słońce. Muzyka i śpiew. Każdy weekend lipca był aktywny. A to trip w Góry Stołowe, a to Drezno i Szwajcaria Saksońska. Pierwsze prawdziwe biwakowanie. Weselny weekend i weekend z najlepszym przyjacielem. Kino letnie. Wyspy… Nie pisałam już wcale.

08

Sierpień. Mati Mati się żeni! A jak Mati się żeni to spędzam fajny panieński z Wioli koleżankami, widzę się z dawno niewidzianym, piję wino i dobrze wyglądam. Pracuję ale tylko trochę, bo zaraz później jadę z rodziną do Gruzji. Spędzam tam najlepszy czas w życiu. Myślę co dalej. Miłosz przeprowadza się do Wrocławia, a ja wracam do rzeczywistości.

09

Wrzesień był powrotem do pracy. Spędzam weekend w Nowym Sączu, gdzie poznaję fajnych ludzi i jem dobre lody. Londynka kończy trzy lata, a ja z tej okazji ląduję w Lodnynie, czego efektem były świetne zdjęcia oraz czas spędzony z Benem. Jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to najlepszy nasz czas i co nas czeka w kolejnych miesiącach.

10

Październik. Mój uśmiech w końcu pozbawiony jest drutu i już bez żadnych oporów uśmiecham się szeroko. Bezkarnie kupuję szminki i chodzę na kawę. Mój rytm dobowy ustabilizował się idealnie. Wszystko wygląda na to, że osiądnęłam to, co w tym roku miało być celem, czyli balans. Podróżuje mniej ciesząć się Wrocławiem.

11

Listopad. Podsiadło zaczął śpiewać, że nie ma fal i ja to poczułam. Pobiegłam w biegu niepodległości i na tym skończyła się dobra passa. Rozpętała się burza. Przestałam zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, spać. Wszystko zobojętniało mi totalnie. Z drugiej połowy listopada nie mam zdjęć, nie mam też żadnych sensownych myśli, którymi mogłabym się podzielić.

12

Grudzień. Poczułam co to znaczy przyjaźń i że samotność jest zła. Zaczęłam funkcjonować w drugiej połowie grudnia pijąc już trochę mniej, śmiejąc się trochę więcej. Przesypiając noc. Nim się nie obejrzałam nadszedł czas pakowania, a z nim żal pożegnania. Dostałam śliczne prezenty i masę ciepłych słów. Święta, choć rodzinne, to pod znakiem opuszczenia ważnych dla mnie ludzi, ulubionych miejsc. Chyba pierwszy raz tak źle znoszę pożegnanie. Rozpakowując się pisałam listy rzeczy do spakowania.

Cześć 5. Ulubieńcy

Jak już wspomniałam, tak też robiłam – koncentrowałam się głównie na rzeczach, które w większym, bądź mniejszym stopniu mnie ciekawiły, nie bacząc na to co wypada i co trzeba.
„Człowiek w poszukiwaniu sensu” Frankla to najprawdopopodbniej najlepsza książka 2018 roku, a filmu to w sumie nie wskażę, choć „Marzyciela” polecam.

Piosenkę, którą miałam na słuchawkach cały najlepszy czas to „Początek” z Męskiego Grania. Często słuchałam też samego Korteza. Duże wrażenie robi na mnie soundtack Gagi z Cooperem, choć na nowo odkryłam też ten z „Holiday”.

Bardzo zachęcam wrocławian na spektakl w Capitolu „Rat pack”, bo tak wysublimowanego humoru nie doświadczyłam już dawno.

Z wystaw to największe wrażenie zrobiła na mnie ta od Ellen von Unwerth w Fotografiska w Sztokholmie, choć Wyspiańskiego w Narodowym w Krakowie też nie zapomnę.

 

Nadzieje na 2019.

2018 miał być rokiem dobrze wykorzystanego czasu i okazji.

Niech 2019 będzie rokiem trafnych wyborów oraz konsekwentnie realizowanych decyzji.
Tego sobie i nam wszystkim życzę!

A Wam dziękuję!

Poprzedni post

2 comments on “2018”

  1. fan pisze:

    dlaczego tak małe zdjęcia :(

    1. londynka pisze:

      W zeszłym roku zarzucono mi dokładnie to samo!
      Może w tym większe zdjęcia potraktuję jako „New Years resolution” ;)
      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.